• Instagram - Black Circle
  • Facebook - Black Circle
  • YouTube - Black Circle
  • Administrator

MICHAŁ ZAJĄC: MALEZYJSKI KLIMAT NAPRAWDĘ DAJE POPALIĆ


Rzadko zdarza się, by zawodnik MKS-u Piaseczno prosto z drużyny juniorskiej trafił za granicę. Jeszcze rzadziej - by trafił w tak egzotyczne miejsce. Zapraszamy na wywiad z Michałem Zającem, który piłkarską karierę kontynuuje w dalekiej Malezji.


Kiedy dowiedziałeś się, że wylatujecie do Malezji? Miałeś czas, żeby przygotować się psychicznie do tego wyjazdu, czy odbyło się to z dnia na dzień?


MICHAŁ ZAJĄC, BYŁY PIŁKARZ MKS-U PIASECZNO:

Sama wiadomość o wylocie była dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Pewnego poranka rodzice przyszli do mnie do pokoju i powiedzieli, że za pół roku wyjeżdżamy na drugi koniec świata. Czasu na psychiczne nastawienie się do zmiany kraju było więc teoretycznie całkiem sporo, ale mimo to nie chciałem wylatywać. Tak naprawdę miałem tu przecież zostawić dosłownie wszystko: przyjaciół, szkołę, rodzinę, klub... Ale w końcu się z tym oswoiłem. Do Malezji wylecieliśmy ze względu na pracę taty, który dostał tu pięcioletni kontrakt. Rok już za nami.


Dużo czasu zajęło Ci to przestawienie się na tryb azjatycki, malezyjski?


Oczywiście. To jest inna pogoda, inny czas, szkoła, język... To oswajanie się trwało bardzo długo. Myślę, że w moim przypadku było to jakieś pół roku. Dopiero po tym czasie mogłem już normalnie funkcjonować. Największym problemem była zdecydowanie pogoda, inny klimat. Codziennie deszcz, codziennie ponad 30 stopni Celsjusza. To naprawdę daje popalić, zwłaszcza podczas treningów czy meczów. Przy takiej pogodzie, właściwie bez chłodnego powietrza, jest bardzo ciężko.


Za to nowy klub znalazłeś bardzo szybko, bo rozmawialiśmy tydzień czy dwa tygodnie po Waszym wyjeździe, a Ty już trenowałeś w FC Kuala Lumpur.


To prawda. Szukałem w internecie jakichś miejscowych zespołów, a oni akurat grali w porządnej lidze, więc szybko zdecydowałem się właśnie na tę drużynę.


Chodzisz do angielskiej szkoły. Spotkałeś tam jakichś Polaków? A może w Twojej drużynie gra jakiś rodak?


Ogólnie Polaków w Malezji spotyka się dość często, tyle że są to głównie turyści, którzy przylatują tam na wakacje. Jeżeli chodzi o ludzi, którzy są w Malezji na stałe, albo przynajmniej na jakiś dłuższy czas, to poznałem jedną polską rodzinę, a także jedną osobę, która jest pół-Polakiem, pół-Malezyjczykiem. Ale w klubie, poza mną i bratem, nie ma nikogo.


Na jakim poziomie był Twój angielski, gdy wyjeżdżaliście do Malezji?


Nie ukrywam, że na początku było trudno, bo jeżeli chodzi o angielski, to tak na dobrą sprawę miałem z nim styczność przez zaledwie pięć miesięcy, gdy chodziłem na dodatkowe zajęcia jeszcze w Polsce, w Warszawie. Pojechałem tam z naprawdę słabym angielskim, ale w szkole mieliśmy zajęcia wyrównawcze, na które chodziłem trzy razy w tygodniu, udało mi się dojść do odpowiedniego poziomu i teraz wszystko jest już ok.

Jak wygląda malezyjski system szkolnictwa i w której jesteś teraz klasie?


Edukacja trwa tam od klasy pierwszej do trzynastej. Ja zdałem właśnie do dziesiątej. Po tych trzynastu latach, które są jakby zsumowaną podstawówką, gimnazjum i szkołą średnią, mam zamiar iść na studia. Nie mogę jednak powiedzieć, co dokładnie będę robił, bo tak naprawdę mam do wyboru wiele opcji. Kolega namawia mnie na wyjazd do Walii, bo w Cardiff gra jakiś jego przyjaciel, ale równie dobrze mogę wybrać na przykład Stany Zjednoczone. Zobaczymy.


Powrót do Polski nie wchodzi w grę?


Oczywiście, że wchodzi, chociaż... rodzice mi to odradzają. W sumie sam też to sobie odradzam, bo wiem, że jeżeli chodzi o studia, to lepszym wyborem byłyby choćby Stany Zjednoczone...


Zastanawiałeś się już, w którą stronę będziesz chciał iść? Jesteś umysłem ścisłym, czy bardziej humanistą?


Bardzo dobrze idzie mi z biologii, historii i geografii. Na pewno dużo lepiej, niż z hiszpańskiego czy francuskiego. Ale jest jeszcze za wcześnie, żeby składać jakieś deklaracje. Mam na to jeszcze trochę czasu.


Przyszłość wiążesz z nauką, czy jednak na pierwszym miejscu będzie piłka nożna?


Futbol na pewno będzie dla mnie bardzo ważny. Będę ciężko pracował, dopóki mi się to nie znudzi, choć wątpię, by kiedykolwiek się znudziło, albo dopóki coś mnie z gry w piłkę wykluczy. Na razie futbol jest na pierwszym miejscu. Zobaczymy, czy za te kilka lat to nauka będzie ważniejsza.


Łapiesz już choćby podstawowe zwroty w języku malezyjskim, czy porozumiewacie się w klubie po angielsku? Kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem, w drużynie, poza Tobą, był tylko jeden Brytyjczyk, a resztę stanowili miejscowi gracze.


Teraz to się zmieniło i mamy naprawdę międzynarodowe towarzystwo. Doszło wielu Europejczyków, głównie z Wielkiej Brytanii, bo większa część Malezji była właśnie kolonią brytyjską, mamy szkockiego trenera, ale i tak zaczęliśmy się niedawno uczyć podstawowych komend po malezyjsku, bo szkoleniowiec chciał, żeby nasza komunikacja podczas meczów funkcjonowała dużo lepiej.


Wcześniej prowadził Was miejscowy trener. Co zmieniło się w grze drużyny po przyjściu szkoleniowca ze Szkocji?


Za poprzedniego trenera było naprawdę bardzo ciężko. Mimo że był Malezyjczykiem, stawiał na taką stereotypową angielską piłkę: podanie na skrzydło, a potem wrzutka do napastnika, którym zwykle był albo taki typowy „chłop”, czyli najwyższy i najsilniejszy zawodnik w drużynie, albo najszybszy gracz. Numerem jeden w taktyce był jednak wysoki pressing. I to na całym boisku. Do tego dochodziły problemy z porozumiewaniem się, bo język angielski z mocnym malezyjskim akcentem naprawdę trudno zrozumieć. Po przyjściu trenera ze Szkocji gramy nieco inaczej. Nadal ważny jest pressing, ale dużo większy nacisk położony jest na kontrolowanie gry, na utrzymywanie się przy piłce i wymęczenie przeciwnika. Można powiedzieć, że to taki hiszpański futbol. Widać więc, że sporo się zmieniło.


Jak poszło Wam w lidze w Twoim pierwszym sezonie w Malezji?


W pierwszym – naprawdę słabo... W naszej lidze system rozgrywek wygląda tak, że są dwie grupy, z których wychodzą po cztery zespoły. Następnie te osiem drużyn gra coś w rodzaju play-offów. W pierwszym sezonie poszło nam fatalnie. Wygraliśmy tylko dwa mecze i nie wyszliśmy z grupy. W drugim sezonie było już zupełnie inaczej. Choć skazywano nas na pożarcie, udało nam się wszystkich zaskoczyć. Awansowaliśmy do ćwierćfinałów, ale tam niestety przegraliśmy, tracąc bramkę na 1-2 w ostatniej minucie meczu, a następnie przegraliśmy kolejne spotkanie, zajmując ostatecznie bodajże 7. miejsce. Siódma pozycja na szesnaście zespołów, biorąc pod uwagę fatalny wcześniejszy sezon, była jednak naprawdę przyzwoitym wynikiem.


Kiedy zaczynają się kolejne rozgrywki?


Pierwsza kolejka odbędzie się 25 sierpnia. Inauguracyjny mecz gramy z KLYS Kuala Lumpur, jedną z najlepszych drużyn, od której swoją drogą dostałem propozycję i do której po tym najbliższym sezonie mam przejść. To zespół, do którego trafia najwięcej zawodników ze szkół międzynarodowych, więc nie dość, że będzie mi się łatwiej porozumiewać, to jeszcze poziom piłkarski będzie zdecydowanie wyższy, co pomoże mi nieco szybciej się rozwijać.


Na jakiej grasz pozycji?


Zaczynałem na lewej pomocy, a kiedy oswoiłem się już z tą pozycją, zostałem przesunięty do ataku. Głównie dlatego, że nie lubiłem wracać do defensywy. To, że nie pracowałem w obronie, było, zdaniem trenera, moim największym problemem, dlatego zostałem przesunięty nieco wyżej. Ale muszę powiedzieć, że w napadzie idzie mi naprawdę dobrze. W poprzednim sezonie strzeliłem siedem goli, co było chyba klubowym rekordem, a w jednym meczu udało mi się nawet skompletować hat-tricka. Nie jest najgorzej.


Czy któryś z Twoich azjatyckich kolegów z drużyny wyróżnia się na tyle, że mógłby sobie

poradzić w Polsce, w najwyższej lidze w Waszym roczniku?


Pod względem technicznym na pewno tak, bo jest tutaj wielu naprawdę dobrych graczy, tyle że Malezyjczycy bardzo odstają pod względem fizycznym. Większość zawodników jest po prostu niska, koledzy mają przeważnie po 160 cm. Techniką mnie zaskakiwali, ale fizycznie najzwyczajniej w świecie nie daliby rady.


Jak wyglądają u Was treningi i mecze? Chodzi mi głównie o kwestie związane z pogodą.


Treningi zaczynają się zazwyczaj o 19.00, kiedy robi się już ciemno. To bardzo pomaga, bo jest już zazwyczaj o co najmniej pięć stopni chłodniej. Podczas meczów jest już dużo trudniej, zwłaszcza kiedy spotkanie rozgrywane jest na dużej intensywności. Niestety, nie gramy wieczorami. Najwcześniej spotkania rozpoczynają się o 9.00, ale często się zdarza, że mecz ustawiany jest na godzinę 12.00, kiedy jest największy upał. Nie ma co ukrywać, jest wówczas bardzo ciężko. Zwłaszcza kiedy dajesz z siebie wszystko.


Mecze rozgrywacie tylko w rejonie Kuala Lumpur, czy musicie pokonywać jakieś wielkie odległości?


Tutaj akurat nie mamy żadnego problemu, bo praktycznie wszystkie mecze rozgrywane są na naszym boisku. Teraz wprowadzane jest drugie, bliżej centrum Kuala Lumpur, więc tak naprawdę liga będzie się toczyła niemal w całości na dwóch stadionach. Z dojazdami nie ma tu więc żadnych kłopotów.


Chodzisz na mecze seniorów swojego klubu?


Nie. Może nie powinienem tego mówić, ale poziom jest masakryczny. Zdarzyło mi się co nieco podpatrzeć, czy to przed moimi treningami, czy po nich, gdy musiałem trochę poczekać na mamę, która utknęła w korkach, ale naprawdę, trzeba było się bardzo zmuszać, żeby oglądać tutejszą piłkę. Poziom seniorów jest tu znacznie niższy, niż u nas w Piasecznie. Jeżeli my mamy w tej chwili w MKS-ie czwartą ligę, to tutaj jest... Nie wiem, jakaś siódma? Straszny poziom, naprawdę.


Rodzina jest zadowolona z pobytu w Malezji?


Jesteśmy zadowoleni przede wszystkim dlatego, że jesteśmy tu wszyscy razem. Kiedy jesteśmy ze sobą, to zawsze jest ok. Ale przyzwyczailiśmy się już do życia w Malezji, nie mamy żadnych problemów. Nawet powrót do Polski na wakacje bywa dość uciążliwy, ale to przede wszystkim dlatego, że lot – z przesiadką – trwa 14 godzin i jest bardzo męczący. Dobrze się tam czujemy. Zwłaszcza rodzice.


Pytanie z innej beczki. Czy to prawda, że „Despacito” było w Malezji zakazane?


Hahaha. Nie wiem... Ludzie słuchają tu głównie popu, przede wszystkim zagranicznego, takiego, jaki jest puszczany w Europie... Czy „Despacito” było zakazane? Być może, ale kiedy my przylecieliśmy do Malezji, ta piosenka nie była już na topie, więc nie wiem, czy nie słyszeliśmy jej dlatego, że jej puszczanie było zabronione, czy dlatego, że po prostu już się znudziła.


Podchodzi Ci miejscowa muzyka?


Nie. Nie ma szans. Po pierwsze dlatego, że nie kumam języka, a po drugie dlatego, że śmiesznie brzmi. Zupełnie mi nie podchodzi.


A jedzenie?


O, zdecydowanie tak. Ryż, warzywa, curry... Kuchnia jest tu naprawdę bardzo smaczna. Pikantna, ale dobra. Moją ulubioną potrawą jest ryż z wołowiną.


Jakie sporty są w Malezji najbardziej popularne?


Piłka nożna jest zdecydowanie numerem jeden. Nie pod względem poziomu, ale na pewno pod względem popularności. Ludzie szaleją tu na punkcie topowych europejskich lig. Poza tym badminton i lekka atletyka, w której Malezyjczycy są jednym z bardziej utalentowanych narodów w Azji. Ale numerem jeden jest futbol.


Jak wygląda Malezja pod względem bezpieczeństwa? Czy Ty, jako Polak, spotkałeś się tam z jakimiś przykrościami ze strony miejscowych?


Jeżeli mówisz o jakichś sprawach związanych z rasizmem, to jest wręcz przeciwnie. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy, uśmiechają się, zagadują, chcą robić sobie ze mną selfie. Chyba naprawdę powinienem pobierać za to opłatę.


Masz powodzenie u dziewczyn?


Hahaha. Mam, ale to pewnie wynika głównie z tego, że jestem biały i jestem blondynem. Dla nich to, można powiedzieć, egzotyczna uroda. Pewnie jak się opalę i przefarbuję włosy na czarno, to powodzenie będzie mniejsze. A jeżeli chodzi o inne sprawy, to na pewno jest znacznie mniej bezpiecznie, niż w Europie. Nie ma tu czegoś takiego, jak przepisy ruchu drogowego. Światła, pasy? Zapomnij. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie przydarzył ci się jakiś wypadek. A tych jest na drogach bardzo, bardzo dużo, zwłaszcza z udziałem skuterów. Ludzie próbują nimi omijać korki, a ponieważ wszyscy jeżdżą tu nieostrożnie, to wypadków jest mnóstwo.


Podoba Ci się sama stolica? Poleciłbyś Kuala Lumpur jako kierunek wakacyjny?


Na pewno tę bogatą część miasta. Można tam zobaczyć mnóstwo ciekawych rzeczy, nie tylko Petronas Twin Towers, czyli te dwie wieże, które są jedną z najwyższych budowli na świecie. Jest tu wiele prestiżowych restauracji, gdzie można spróbować wyszukanych potraw, ale są też w Kuala Lumpur takie miejsca, które można określić mianem śmieciowisk, gdzie jest nie tylko biednie, ale przede wszystkim brudno. Gdyby ktoś chciał się wybrać w tamte rejony Azji, dużo bardziej polecałbym jednak Singapur. Bogaty, elegancki kraj, w którym atrakcji jest nawet więcej, niż w Malezji. Zresztą chcemy z rodzicami zobaczyć trochę Azji i zastanawiamy się nawet nad tym, by do Polski przylatywać tylko na święta, a w wakacje podróżować. Byliśmy już we wspomnianym Singapurze, Indonezji, ja zobaczyłem kawałek Tajlandii, bo pojechaliśmy tam na turniej, a w planach mamy Sri Lankę i Malediwy. Warto zobaczyć kawałek świata, jeżeli jest taka okazja.


Utrzymujesz kontakt z którymś z kolegów z Piaseczna?


Mamy swoje grupy na facebooku, jest WhatsApp, Messenger, a jak wracam do Polski to staramy się spotkać na boisku, żeby trochę pokopać piłkę, ale wiadomo, że taki codzienny kontakt jest bardzo utrudniony. Praktycznie go nie ma.


Śledzisz to, co dzieje się u nas w klubie?


Tak, oczywiście. Wchodzę na stronę internetową czy facebooka, trener Łukasz Kasztankiewicz też często mi pisze, jak idzie moim kolegom. Jeszcze niedawno drużynie szło średnio, pojawił się nawet pomysł, żebym nagrał jakiś filmik motywacyjny, ale na szczęście pod koniec sezonu zespół zaczął grać lepiej i wideo nie było potrzebne. Choć oczywiście szkoda, że tak pomieszano sprawy awansów...

15 wyświetlenia