• Instagram - Black Circle
  • Facebook - Black Circle
  • YouTube - Black Circle
  • ajacied

OLSZAK: RACHUNEK SUMIENIA POWINIENEM ZACZĄĆ OD SIEBIE


W wieku 15-16 lat był etatowym reprezentantem juniorskich kadr Polski, pytały o niego największe kluby ekstraklasy, a na testy zapraszały zespoły z Holandii i Francji. W wieku 16 lat zadebiutował w pierwszej drużynie Lecha Poznań, strzelając gola w Pucharze Ekstraklasy z Arką Gdynia. Dziś Mateusz Olszak gra w czwartoligowym MKS-ie Piaseczno. Co sprawiło, że jego kariera nie potoczyła się tak, jak on sam by tego chciał? Zapraszamy na wywiad.

Jak się czuje zawodnik, który – mając 24 lata – czyta o sobie, że tak właściwie to już się skończył?


Mateusz Olszak, były piłkarz Lecha Poznań, juniorski reprezentant Polski, zawodnik MKS-u Piaseczno: Gdzie tak pisali?


Na jednej ze stron internetowych, poświęconych Lechowi Poznań.


Do Poznania trafiłem jako młody zawodnik. Rozpoczynałem tam tę dorosłą piłkę i miałem naprawdę dobry okres. Mam stamtąd dobre wspomnienia, bo dużo mi ten klub dał – i pod względem doświadczenia, i takiego obycia z piłką, zwłaszcza seniorską, natomiast moje losy potoczyły się tak, a nie inaczej. Zupełnie nie po mojej myśli, nie tak, jak tego chciałem. Wyszło, jak wyszło. Na moją pozycję było mnóstwo zawodników, a taka drużyna jak Lech potrzebuje konkretów na już. Ja tych konkretów najwyraźniej nie pokazałem, nie miałem takich atutów, żeby przekonać do siebie trenera... Ale czy już wtedy się skończyłem? Skoro tak piszą, to może coś w tym jest? Tyle że w komentarzach każdy może napisać, co chce. Nie wiadomo, kto się w tej sposób wypowiada.


To nie był anonimowy komentarz, tylko fragment artykułu, zamieszczonego na stronie związanej z Lechem.


Na takich stronach również nie zawsze wiadomo, kto to pisze... Natomiast ja cały czas cieszę się piłką, cieszę się, że jestem zdrowy i że mogę jeszcze na jakimś tam poziomie pokopać.


Speedrunning jest dobry w grach komputerowych, ale niekoniecznie w futbolu. Tymczasem mam wrażenie, że twoja kariera wygląda właśnie jak żywcem wyjęta z takiego speedrunningu. W wieku 15-16 lat uchodziłeś za ogromny talent, regularnie występowałeś w juniorskich reprezentacjach Polski, odbywałeś testy w zagranicznych klubach, trafiłeś do Lecha Poznań i – jeszcze w wieku 16 lat – strzeliłeś gola w debiucie w meczu Pucharu Ekstraklasy z Arką Gdynia, a potem zaliczyłeś błyskawiczny zjazd...


Trudno mi powiedzieć, co się stało i nawet nie wiem, jak to w paru zdaniach wyjaśnić... Ja również do pewnego momentu zadawałem sobie pytanie, co poszło nie tak, ale samemu trudno mi na nie odpowiedzieć. Może przyczyną była spora odległość od domu? Może trener? Może zawodnicy? A może ja sam? Taki rachunek sumienia powinienem zacząć wyłącznie od siebie, bo to ja jestem wszystkiemu winien, to ja jestem w największej mierze odpowiedzialny za to, jak potoczyły się moje losy. Ale konkretnej odpowiedzi na to, co się stało, nie mam nawet ja sam.


Jesteś z Puław, ale zaczynałeś w Hetmanie Gołąb, a później grałeś w Orłach Kazimierz Dolny. Czy już wtedy wykazywałeś smykałkę do strzelania goli?


Sprostuję pewne rzeczy, bo rzeczywiście mieszkałem w Gołębiu, natomiast, wbrew temu, co jest choćby na 90minut.pl, nigdy nie byłem, przynajmniej oficjalnie, zawodnikiem tego klubu. Chyba że podpięto nas pod ten zespół, gdy występowaliśmy w jakichś turniejach szkolnych czy coś w tym stylu. Co do Orłów Kazimierz Dolny, to sytuacja wyglądała tak, że z racji tego, iż Wisła Puławy, której byłem zawodnikiem, miała wówczas jakieś problemy, wynikające chyba z braku sponsorów, przeniesiono tak jakby cały nasz rocznik do Kazimierza. Była to więc drużyna Wisły, tyle że grająca pod szyldem Orłów. Ale odpowiadając na pytanie: tak, od małego wyróżniałem się na boisku. Już w czasach młodzików i juniorów byłem nie tylko o głowę wyższy od kolegów, ale i dobrze wyglądałem pod względem piłkarskim. Trochę tych goli nastrzelałem. Z praktycznie każdego turnieju wracałem albo ze statuetką dla najlepszego snajpera, albo najlepszego zawodnika. Na pewno można powiedzieć, że wyróżniałem się na boiskach Lubelszczyzny. Miło jest nieraz wrócić pamięcią do tych przyjemnych zdarzeń.


Powołania do juniorskich reprezentacji Polski otrzymywałeś jeszcze jako zawodnik Wisły Puławy. Mówiło się, że w tym czasie zainteresowane tobą były kluby holenderskie (Twente Enschede) i francuskie (RC Lens). Ile w tym prawdy? To były jakieś luźne zapytania, czy konkretne oferty?


Tak, to prawda, oba te kluby wypatrzyły mnie podczas meczów juniorskich reprezentacji Polski i w obu byłem na testach. Nie było natomiast jakichś konkretnych rozmów na temat mojego transferu.


Masz 15 lat, jedziesz na testy kilkaset kilometrów od domu, do tego do klubów, które pod względem infrastruktury, poziomu organizacji i możliwości, które dają zawodnikowi, znacznie przerastają skromną – z całym szacunkiem – Wisłę Puławy. Co wtedy czułeś? Jechałeś tam z nastawieniem, że może to być twoja życiowa szansa, czy raczej na luzie, na zasadzie: „Sprawdzę się, pokażę i zobaczymy, co z tego wyjdzie?”.


Przyznam, że przed tym wyjazdem kłębiło mi się w głowie wiele myśli. Wiadomo, że człowiek zastanawia się, czy coś z tego może być, bo skoro zostałem zaproszony na takie testy, to znaczy, że coś we mnie dostrzegli. To było ogromne wyróżnienie. Tyle że, jak powiedziałeś, miałem wtedy 15-16 lat, byłem trochę przestraszony, może nawet przytłoczony tym, co się dzieje. Przyjechałem z niewielkiego w sumie klubu do drużyny, w której wychodziło się na trening i widziało się 15 pełnowymiarowych boisk z oświetleniem i naturalną trawą. Robiło to na mnie wrażenie. A było przecież jeszcze wiele innych czynników, które mogły mnie w jakiś sposób przytłaczać...


Ile czasu spędziłeś w Twente, a ile w Lens?


Oj, dokładnie tego nie pamiętam, ale łącznie było to jakieś półtora tygodnia, może dwa tygodnie.


Ostatecznie z zagranicznych wojaży nic nie wyszło i z Wisły Puławy trafiłeś do Lecha Poznań. Twój transfer ogłaszany był jako spory sukces, którym chwalił się sam Marek Pogorzelczyk, ówczesny dyrektor sportowy „Kolejorza”. Tymczasem wyczytałem, że ty sam... nie chciałeś iść do Lecha. To prawda?


Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. Skąd to wziąłeś?


Również z jednej ze stron, poświęconych Lechowi Poznań. Napisano tam, że bardzo się wahałeś, ponieważ drużyna z Wielkopolski niechętnie stawiała na młodzież.


Nie, niczego takiego nie było. Prawdą jest, że miałem wówczas wiele ofert, bo mogłem trafić choćby do Legii Warszawa lub Wisły Kraków, które też są w Polsce wielkimi markami, natomiast zdecydowałem się na Poznań właśnie dlatego, że Lech potrafił stworzyć młodym zawodnikom doskonałe warunki do rozwoju. Nigdy z moich ust nie padły słowa, że nie chciałem iść do „Kolejorza”.


Wejście do Lecha miałeś znakomite. W wieku 16 lat wyszedłeś w pierwszym składzie na mecz Pucharu Ekstraklasy z Arką Gdynia, zagrałeś w nim ponad 75 minut, a debiut okrasiłeś golem. Piękna sprawa.


Czułem wtedy ogromną radość, to na pewno. Wyszedłem na boisko obok takich zawodników jak Piotr Reiss i Bartosz Bosacki, na treningach rywalizowałem z Manuelem Arboledą, a gdy mieliśmy zajęcia w gronie napastników, mogłem podpatrywać Roberta Lewandowskiego, który wtedy budował swoją wielką markę. A tamten mecz z Arką cały czas mam w pamięci. Szkoda tylko, że było to przegrane spotkanie, bo ulegliśmy im 1-4. Natomiast tak, to ja strzeliłem tę jedyną bramkę dla Lecha. Fajny moment.


Przegraliście wysoko, ale wcale nie musiało tak być. Strzeliłeś gola przy stanie 0-3, a dosłownie kilka minut później mogliście złapać z Arką kontakt, tyle że rzutu karnego nie wykorzystał Piotr Reiss...


Dobrze, że o tym wspomniałeś, bo pamiętam ten moment, gdy Piotr wykonywał „jedenastkę”. Bramkarz Arki Tomislav Basić obronił jego strzał, a ja byłem bardzo bliski dobitki na 2-3. Już praktycznie widziałem tę piłkę w siatce. W ostatniej chwili wybił ją jednak wślizgiem jeden z obrońców Arki...


Juniorskie reprezentacje Polski, zagraniczne testy, gol w seniorskim debiucie w Pucharze Ekstraklasy... Czy nie było troszeczkę tak, że za szybko uwierzyłeś, że jesteś „Panem Piłkarzem”? Nie było „sodówki”?


„Panem Piłkarzem” to zdecydowanie za duże określenie, natomiast ja zawsze wierzyłem w siebie, czułem, że jestem dobry, bo potwierdzały to zresztą moje statystyki, te wszystkie zdobyte bramki, zarówno w reprezentacjach, jak i klubie. W Poznaniu po znakomitym początku miałem również trudniejszy okres, no i nie wyszło. Szansa została zmarnowana.

Debiutowałeś u trenera Franciszka Smudy. Jak go wspominasz? Miałeś z nim jakiś częstszy kontakt? Poklepał cię chociaż po plecach za tego gola z Arką?


Nie był to trener, który byłby bardzo rozmowny czy kontaktowy, zwłaszcza jeżeli chodzi o młodszych graczy. Mogę natomiast powiedzieć, że treningi były u niego niezwykle ciężkie. Trudno mi jednak powiedzieć o nim coś jako o człowieku, bo nawet na zajęciach niewiele się udzielał. Miał od tego swoich ludzi, drugiego i trzeciego trenera. On sam powiedział jedynie parę słów przed meczem czy treningiem i tyle tego kontaktu z nim było...


Czy po Robercie Lewandowskim już wtedy było widać, że to będzie napastnik światowej klasy?


Trudno powiedzieć, bo mówiąc o Robercie trzeba podkreślić, że na wiele rzeczy musiał zapracować ciężką harówką. Ale już wtedy był bardzo dobrym napastnikiem, miał instynkt, potrafił zarówno strzelić, także z dystansu, jak i utrzymać się przy piłce, bardzo dobrze grał głową, radził sobie w grze jeden na jednego... Mocno go podpatrywałem i wiedziałem, że dużo w futbolu osiągnie. Ale że aż tyle? Tego się chyba nie spodziewaliśmy.


Po doskonałym początku w Lechu Poznań nastąpił u ciebie zjazd. Co się stało, że w Młodej Ekstraklasie potrafiłeś w jednym sezonie strzelić tylko dwa gole, a w kolejnym nie trafiłeś do siatki ani razu? Miałeś co prawda po drodze kontuzję, która cię troszkę przyhamowała, ale i tak na pewno wszyscy spodziewali się po tobie dużo więcej. Pisano zresztą o tobie, że startowałeś z dużo wyższego pułapu niż Marcin Kamiński czy Bartosz Bereszyński...


To prawda, zresztą Bartek powiedział nawet w jakimś wywiadzie, że w tamtym okresie byłem od nich piętro wyżej, bo miałem już za sobą treningi z seniorami, a także debiut i bramkę w pierwszej drużynie. Ale powtórzę się i powiem to, co wcześniej: nie wiem, co poszło nie tak. Może ta seniorska piłka i ta wielka drużyna to były dla mnie w tamtym momencie za wysokie progi? Może za szybko to wszystko się działo?


Z Lecha Poznań wróciłeś do Wisły Puławy, potem trafiłeś do Puszczy Niepołomice, ale tak na dobre odbudowałeś się dopiero w Chełmiance Chełm, dla której w krótkim czasie strzeliłeś ponad 30 goli, a potem... znów trafiłeś do Wisły Puławy.


Z Lecha Poznań wróciłem do Puław, bo Wisła awansowała wówczas do II ligi i dla mnie, wciąż przecież młodego zawodnika, wydawało się to dobrym ruchem. Szedłem w swoje strony, gdzie mam rodzinę, znajomych, blisko do domu... Chciałem się odbudować, ponownie poczuć ten głód piłki, bo nie ukrywam, że na tamtym etapie tych minut w Lechu dostawałem bardzo mało. Powrót do Puław wydawał się doskonałym pomysłem, tyle że w Wiśle było mi nie po drodze z trenerem... Po prostu się nie dogadywaliśmy.


Chodzi o trenera Bohdana Bławackiego?


Nie, nie. O trenera Mariusza Sawę. On tu zresztą ma chyba brata w jednym z okolicznych klubów. No ale wracając do sedna – po niezbyt udanym powrocie do Wisły Puławy odezwał się do mnie kolega z Chełmianki, który powiedział, że klub poszukuje ofensywnego zawodnika. Poszedłem tam i zostałem w Chełmie na dłużej. Świetnie współpracowało mi się z trenerem Arturem Bożykiem, który stawiał na mnie, wiedząc równocześnie, że będzie miał z tego korzyść. I tak było. Dobrze czułem się w Chełmiance i do dziś miło wspominam to miejsce.


Zapytałem o trenera Bławackiego, bo jeden z twoich kolegów, z którymi rozmawiałem przed tym wywiadem, kazał zapytać, czy nauczyłeś się już schodzić na krótki słupek do swoich dośrodkowań.


Ha ha ha, wciąż się tego uczę. Ale tamta sytuacja rzeczywiście zapadła mi w pamięć. Trenerowi Bławackiemu nie można było niektórych rzeczy przetłumaczyć. Miał swoją rację, upierał się, że wiedział, co chciał powiedzieć i można było gadać, ale i tak niczego się taką rozmową nie osiągnęło. A chodzi o pewną sytuację z treningu, kiedy podczas zwykłej gierki na skróconym polu zszedłem do piłki, posłanej w wolny sektor pod linią boczną boiska, przejąłem futbolówkę i dośrodkowałem ją w pole karne. Po chwili usłyszałem trenera, który instruował mnie, że powinienem być przy krótkim słupku. Tłumaczyłem trenerowi kulturalnie, że to przecież ja dośrodkowywałem, ale on z poważną miną odpowiedział, że powinienem być na krótkim słupku i nie chciał przyjąć do wiadomości żadnego wyjaśnienia. Cała sytuacja wyglądała naprawdę komicznie i koledzy z drużyny nie mogli wytrzymać ze śmiechu.


To u tego trenera mieliście – w ramach zajęć – odśnieżanie boiska?


Tak. Przyszła wtedy naprawdę sroga zima, napadało mnóstwo śniegu, a ponieważ trener chciał zrobić zajęcia – albo rozegrać sparing, już dokładnie nie pamiętam – akurat na tym placu, to dostaliśmy ponad dwadzieścia łopat i odśnieżaliśmy boisko. U trenera Bławackiego naprawdę się nie nudziliśmy.


Nastrzelałeś w Chełmiance mnóstwo goli, po czym... wróciłeś do Puław. Co cię tam ciągnęło?


To jest mój klub, ja się tam wychowałem, więc zawsze fajnie się wraca do swojego pierwszego zespołu i swoich ludzi. Ale to był też dobry okres dla Wisły, bo zrobiliśmy w Puławach historyczny awans do I ligi, w którym ja też miałem udział. Dostawałem sporo minut, strzeliłem siedem goli, w tym kilka ważnych, na wagę punktu lub zwycięstwa. Trener naprawdę fajnie to poukładał, choć wiadomo, że walka o awans w II lidze, a potem gra w I nie należą do łatwych. To były fajne chwile zarówno dla drużyny, jak i całego miasta. Atmosfera była niesamowita.


Historyczny awans do I ligi, kilka występów w tej klasie rozgrywkowej, gol w meczu z Chrobrym Głogów, a potem... przejście do trzecioligowych Orląt Radzyń Podlaski. Nie miałeś w karierze zbyt dobrych doradców, prawda?


Nie, to nie tak. W tamtym czasie doznałem kontuzji i ponownie zrobiłem krok w tył, żeby się odbudować. Mój uraz zbiegł się zresztą ze zmianą trenera w Wiśle, a nowy szkoleniowiec zakomunikował mi, że nie widzi dla mnie miejsca w składzie. Musiałem więc szukać sobie nowego klubu, a ponieważ wciąż miałem ważny kontrakt w Puławach, to i pole manewru miałem bardzo ograniczone. W grę wchodziło wyłącznie wypożyczenie, no i tak się zdarzyło, że znalazłem się w Orlętach.


Rozegrałeś w rundzie wiosennej piętnaście meczów, strzeliłeś dziewięć goli, odbudowałeś się, więc nie był to okres stracony. Ale później znów: Avia Świdnik, Chełmianka Chełm, Hetman Zamość, w którym zostałeś królem strzelców IV ligi i... Kryształ Werbkowice. Czy to był ten moment, w którym stwierdziłeś, że z piłki nożnej już nie wyżyjesz i będziesz się co prawda bawił futbolem, ale i poważnie rozglądał za jakimś innym zajęciem?


Całkiem możliwe, że to był właśnie ten moment... Miałem już taki wiek, że trzeba było poszukać jakichś konkretnych rozwiązań. W piłce bardzo trudno byłoby mi się już wspiąć na wyżyny, choć oczywiście bardzo tego chciałem i uważałem, że zdrowie wciąż pozwalałoby mi na grę na wysokim poziomie, natomiast moje losy potoczyły się tak, a nie inaczej. Znalazłem pracę, ale cieszę się, że wciąż mogę przy okazji uprawiać sport, który kocham.


W Krysztale nie rozegrałeś jednak ani jednego meczu.


Oficjalnego nie. Skończyło się na treningach i chyba jednym spotkaniu sparingowym. Potem zaczęła się pandemia koronawirusa, odwołano rozgrywki i tak zakończyła się moja przygoda w Werbkowicach.


Nie miałeś po Hetmanie korzystniejszych ofert? W końcu sporo w tej IV lidze nastrzelałeś...


No właśnie nie dostałem zbyt wielu telefonów, nie było konkretnych ofert... Miałem jakieś pojedyncze zapytania, ale nie było to nic, z czego mógłbym skorzystać.


Jak trafiłeś do Piaseczna? Nie miałeś tu chyba żadnych znajomych wśród trenerów? W podjęciu decyzji pomógł ci Szymon Wiejak, z którym znałeś się z Puław?


Po krótkiej przygodzie w Krysztale podjąłem decyzję o przeprowadzce do Warszawy. Za pracą, ale chciałem przy okazji znaleźć klub, w którym mógłbym jeszcze cieszyć się piłką. Zadzwoniłem w parę miejsc, poprosiłem paru znajomych, żeby mi jakoś pomogli i udało się tym sposobem trafić do Piaseczna. A z Szymonem Wiejakiem spotkałem się zupełnie przypadkiem na pierwszym treningu MKS-u. Ani ja nie wiedziałem, że on tu trafił, ani on nie miał pojęcia, że ja też rozmawiałem z Piasecznem. To było zaskakujące, ale miłe spotkanie.


W pierwszym meczu w barwach MKS-u, przeciwko Marcovii w Markach, wywalczyłeś rzut karny, a później... miałeś miesiąc z głowy, bo zakaziłeś się koronawirusem. Kiedy dowiedziałeś się, że masz COVID?


Wyglądało to tak, że to jeden z kolegów, który również zagrał w tym spotkaniu, poinformował nas, że się źle czuł. Następnego dnia zrobiono mu badania, a wynik jego testu był pozytywny. Drużyna dostała zalecenia, żeby siedzieć w domu, sprawa została zgłoszona do sanepidu, a parę dni później cała kadra trafiła na diagnostykę. Kilku z nas, w tym mnie, wyszedł wynik pozytywny.


W twoim przypadku walka z koronawirusem trwała bardzo długo...


To w ogóle była dziwna historia, bo jedynymi objawami, jakie miałem, były utrata węchu i smaku. Testy, które mi robiono, raz dawały wynik pozytywny, raz negatywny, raz niejednoznaczny, a wówczas z kwarantanny zwalniały dopiero dwa negatywne wyniki z rzędu, uzyskane w odstępie 24 albo 48 godzin. Co ciekawe, Ola, moja dziewczyna, z którą przez cały miesiąc przebywałem w niedużym przecież mieszkaniu, zawsze miała wynik negatywny. No ale przez to, że u mnie wychodziło tak, a nie inaczej, ona też zmuszona była do siedzenia w domu. To jej było mi najbardziej szkoda... Nie dało się jednak nic zrobić, zwłaszcza że były u nas kontrole z policji, która sprawdzała, czy nie łamiemy zasad kwarantanny. Sanepid informował nas o kolejnych testach, a tam znów: u Oli negatyw, u mnie albo pozytyw, albo niejednoznaczny... Samego koronawirusa przeszedłem pod względem fizycznym znakomicie, nawet powiem ci, że już dawno tak nie wypocząłem, bo z racji tego, że nigdzie nie mogłem wychodzić, to spałem naprawdę długo, miałem czas, żeby przygotowywać sobie zdrowe posiłki. Ale pod względem psychicznym było to bardzo wyczerpujące.


Taki COVID by mi nawet pasował. Gdybym nie miał węchu ani smaku, łatwiej mógłbym przerzucić się z pizzy i kebabów na jarmuż i brukselkę.


Żarty żartami, ale to naprawdę strasznie dziwne uczucie. Jesz coś i czujesz jedynie, czy to jest twarde, czy miękkie, wyczuwasz jakąś delikatną kwaskowość czy słoność, ale pełnego smaku czy zapachu już nie. Pod względem fizycznym koronawirusa przeszedłem praktycznie bezobjawowo, ale psychicznie byłem zniszczony. Wiesz, gdyby mi ktoś na początku sierpnia powiedział, że mam się przygotować, bo spędzę w domu cały miesiąc, to jakoś bym to przełknął. Ale tutaj cały czas miałem nadzieję, że wyjdę za tydzień, potem za dwa dni od testu, potem za kolejne dwa dni... To oczekiwanie na negatywny wynik, a potem na kolejny negatyw, było bardzo wyczerpujące.


Rzut karny, wywalczony w meczu z Marcovią, asysta z Ożarowem, gole w meczach z Okęciem i Raszynem. Łapiesz punkty w klasyfikacji kanadyjskiej, mimo że tych minut wcale nie masz za wiele. Pasuje ci rola dżokera?


No właśnie tych punktów, tych goli i asyst, w paru momentach mojego życia mi brakowało i może dlatego ta przygoda z piłką potoczyła się tak, a nie inaczej. Napastnik jest w końcu rozliczany z tego, co wpadnie do bramki. A co do pytania, to dobrze się czuję zarówno w roli dżokera, jak i wtedy, gdy zaczynam mecz od początku. Najważniejsze jest to, by drużyna wygrywała. Mamy w Piasecznie naprawdę fajną ekipę i widać, że kto by nie wyszedł, to da z siebie sto procent i nie będzie odstawał od zawodników z pierwszej jedenastki. Jestem pełen optymizmu i wiem, że jeżeli wszyscy będą zdrowi, to z każdym przeciwnikiem damy sobie radę.


Jakie masz plany na życie pozapiłkarskie?


Nie ma co wybiegać za daleko w przyszłość. Nie chcę zapeszać.

439 wyświetlenia